Meksyk, Belize, Gwatemala

 
 

Na szlaku Pierzastego Węża

Meksyk, Belize, Gwatemala
Opis z wyprawy

 

Dzień 1                       17.10.2012

Meksyk

Lot z Warszawy do Paryża mimo wczesnej pory przebiegł spokojnie, a czas upłynął migiem. W Paryżu błąkam się po terminalach w poszukiwaniu właściwego, z którego mam odlecieć do Meksyku. Długi lot nad Irlandią, ośnieżoną Islandią, Kanadą trwa aż 12 godz.. Zmęczony lotem odbieram bagaż i fru do centrum, w którym czeka pokój w hotelu. Po szybkich 15 min. odpoczynku, ruszam na stare miasto nazywane środkiem Meksyku.


 

Docieram na niezwykle gwarny plac Garibaldi na którym popija się tequilę, a lokalni artyści grają dla ludzi melancholijną, nastrojową muzykę mariachi, tradycyjne jak i ludowe pieśni o miłości, zdradzie, bohaterach rewolucji, polityce, a nawet o insektach, bo słynna La Cucaracha to nic innego jak karaluch. Wyposażeni w różne rodzaje gitar, mandoliny, trąbki, skrzypce, ubrani i wystrojeni na biało lub czarno z ogromną ilością srebrnych guzików, krążą samotnie, lub w dużych, nawet 12 osobowych zespołach, po placu czekając na oferty. Tradycja słuchania muzyki granej przez mariachi dla wąskiego grona znajomych ludzi, robi na każdym ogromne wrażenie, a tubylcy wsłuchując się rytmy ogromnie przeżywają i widać jak emocjonalnie podchodzą do tego nie żałując grosiwa dla artystów.


 

Dzień 2                       18.10.2012

 

Śniadanie w mieście na ulicznych straganach wraz z tubylcami zawsz fascynuje i pozwala posmakować lokalnej kuchni Meksykańskiej, ja na dobry początek dnia serwuje sobie panadę z serem i świeże owoce. Z pełnym brzuchem udaje się terminal autobusowy.


 

Niespełna 50 km na północny wschód od Mexiko City znajduje się słynne Teotihuacan „miejsce, w którym ludzie stają się bogami”.



Wielkie prekolumbijskie centrum religijne związane z kulturą ludów Mezoameryki. Dookoła istniało miasto, którego największy rozkwit przypada na IV-VII. Piramidy dobrze zachowane, część mieszkalna zaplanowana na prostokątnej siatce ulic rozbudzając pamięć, co tu się działo lata temu, ile ofiar złożono właśnie w tym miejscu. W mieście były targowiska ze straganami, spichlerze, teatry i boiska do gry w pelotę. Miasto miało układ dwu linii, jedna była w kierunku północ - południe i miała nazwę Aleja Zmarłych, druga zaś ciągnęła się ze wschodu na zachód. Szacunkowa liczba mieszkańców określa się na ok. 200 tys. Według mitów indiańskich tu powstał świat, nastąpiło oddzielenie światła od ciemności, powstało słońce i księżyc. Cytadela ze wspaniałą świątynią Quetzalcoatla, (Pierzastego Węża).



Świątynia zbudowana jest w formie piramidy. Jej ściany ozdobione są licznymi rzeźbami wyobrażającymi głowy bogów.



Potem po przejściu 4 km Aleją Zmarłych, wchodzę po stromych schodach, które liczą 365 stopni na ogromną Piramidę Słońca. Podejście w pełnym słońcu, które nie oszczędza nikogo i pali moją bladą skórę niemiłosiernie.


 


   

Po udanych fotkach, zachłyśnięciu się widokami na panoramę Piramidy Księżyca i zaglądnięciu w każdy zakamarek, czas się żegnać z tym historycznym miejscem.

W drodze powrotnej udaje się poznać kogoś ciekawego w środkach transportu publicznego,


 
którym udaje się do Gwadelupy, najważniejszego w Ameryce Łacińskiej sanktuarium Matki Boskiej.



 

Po przybyciu na miejsce, jak w każdym świętym miejscu widzimy ogromną ilość wiernych, w większości są to biedni Indianie koczujący na placu przed bazyliką w namiotach z grubej folii osłaniających ich od słońca. 


 

Dzień3           19.10.2012

 

Trzynastogodzinny nocny przejazd autobusem daje się mocno we znaki, docieram o 7.30 na miejsce - Palenuqe. Po zakwaterowaniu w hotelu i małym odpoczynku jadę zwiedzać fascynujące starożytne miasto Majów, gdzie rządził sławny król Pacal. Zaczynam od penetrowania okolicznej dżungli gdzie znajduje się wiele dobrze zachowanych budowli miasta Majów, mimo iż dżungla nie daje za wygraną i zarasta coraz mocniej, to bez większego wysiłku można znaleźć ruiny a nawet podziemne pomieszczenia.



Magia tego miejsca wzbudza zachwyt i prowokuje do dalszej eksploracji, a na celowniku staje Świątynia Inskrypcji ze sławną płytą grobową króla Pacala, Pałac ze wspaniałymi płaskorzeźbami wojowników, świątynie Krzyża i Słońca.



 
 
     

Po wielu godzinach spędzonych w starożytnym mieście Majów, dla ochłody udaję się nad ogromny i powalający swoim pięknem wodospad Misol-Ha. Niestety tu nie wolno się kąpać, ale za to można przejść pod wodospadem chłodząc się w rozbryzgującej się o skały wodzie, która tworzy mgiełkę wodną, a w słońcu unosi się wspaniała tęcza.


 



Jadąc około godziny w głąb prowincji Chiapas docieram do kolejnego cudu, który zafundowała nam natura. Powstały w wielkim kanionie, składający się z wielu małych, urokliwych, a tworzących jedną całość kaskadowy wodospad Agua Azul. Jak sama nazwa mówi wodospad olśniewa różnymi odcieniami niebieskiej wody, od błękitnej po szmaragdową?



   

Nietaktem byłoby nie zanurzyć się w szmaragdowych wodach wodospadu po całym dniu wrażeń.

 

               Dzień 4            20.10.2012

 

Pobudka jak zwykle wczesnym rankiem zaraz po 5.00, czeka 4 godzinna jazda do dżungli przy granicy z Gwatemalą, zamieszkałej przez Indian Lacandon. Do Frontera Corozal jedzie się malowniczą drogą przez małe biedne wioski.

   


Od niedawna rząd zafundował śpiących policjantów ograniczając w ten sposób prędkość, a dla samochodów pokonujących tą trasę to istny koszmar, podskakując na każdym z nich. W połowie drogi czas coś przekąsić. W przydrożnym Barze pokrytym liśćmi palmy, na podłodze klepisko, drewniane stoły i pieńki zamiast krzeseł, robią atmosferę tubylczej gościnności. Śniadanko na bazie wszechobecnej w Meksyku i w każdej postaci fasoli, jajecznicy na różne sposoby, placki (tortila), oczywiście świeże owoce i przepyszne soki z nich. Obowiązkowo czarna kawa (kafe negro).

Do Yaxchilan można się dostać płynąc długą tradycyjną łodzią około pół godz. w dół rzeki Usumacinta, wzdłuż granicy. Dawniej tą drogę przebywało się pieszo idąc pare dni przez zarośniętą dżunglę.

Już z rzeki, przez gęstwinę dżungli można dostrzec pierwsze ruiny zaginionego miasta. Dochodzę do pierwszego obiektu, który w zamaskowaniu roślinności stanowi jakoby bramę do starożytnego zaginionego miasta Yaxchilan, co oznacza "Zielone Kamienie".

Przechodząc przez labirynt tuneli wykutych w skale z dobrze zachowanymi malowidłami i płaskorzeźbami, ukazuje się ogromny dziedziniec miasta, a dookoła ruiny zabudowań.

   



Z centralnej części prowadzą kamienne schody do świątyni, która góruje nad miastem. Tu też można zobaczyć, chyba najlepiej zachowane kamienne płaskorzeźby i malowidła.

 

   

Na terenie obiektu porastają ogromne drzewa, po których hasają czarne małpy, wyjce, mnóstwo ptaków, węże, pająki i inne…

 

 

 

 

 

 

 

 

Wracając łodzią z powrotem udaje się dostrzec krokodyle, iguany, czaple białe, siwe i błękitne, które pierwszy raz w życiu widziałem. 

Przemieszczając się parę minut busem, udaję się do kolejnych ruin miasta Majów -  Bonampak – słynnego ze wspaniałych, znakomicie zachowanych fresków. Ogromne wrażenie robią oryginalne stoły ofiarne w kształcie kamiennego słupka, na których kapłani dokonując ceremonii wyciągali na żywca serce osoby składanej w ofierze.

    

            
Dzień 5             21.10.2012

 

Kolejna noc spędzona w rejsowym autobusie podążając do Meridy na Jukatanie, przybywam na miejsce o 5.30 wczesnym świtem.


Trafiam do hotelu, który ma za sobą lata świetności, hol nie grzeszy czystością, stare podarte kanapy i charakterystyczny wiatrak, który mieli gorące powietrze. Pokój skromnie wyposażony, łóżka jak katafalki, czyli z wymurowaną podstawą, stolik z lustrem, które pamięta czasy konkwisty, szafa, klima, lampa, no i łazienka, prawdziwy hit. Zaczynam dzień od śniadanka u kobiety sprzedającej wyśmienite sandwicze, nazywane (tortas specjal). Kanapka na gorąco z mięskiem, avocado, cebulką i chili, lub inna opcja z mięsem wieprzowym pieczonym w liściach bambusa chocinito bibil. Jej kram ledwo kupy się trzyma, koła powykrzywiane, ale co do jedzonka to zastrzeżeń nie ma, pewnie nasz sanepid nie pozwoliłby na ten handel, ale bez niego miasto umiera.


Ruszam szlakiem kultury Puuc – zaczynając na najmniejszych zwiedzanie starożytnych miast – królestw Majów, Xlapak, Kabah, Sayil, Labna, Uxmal. Jedyna okazja żeby lepiej zapoznać się z kulturą Majów, zobaczyć niezwykłą owalną piramidę w Uxmal, Pałac w Sayil czy Codz Poop (Pałac Masek) w Kabah z fasadą złożoną z 300 wizerunków Chaca – boga deszczu.

 


Wieczorem spacer po urokliwych uliczkach Meridy, na centralnym placu miasta, przy katedrze, trafiam na cotygodniową imprezę zorganizowaną przez miasto, gdzie głowa miasta zaprasza mieszkańców do wspólnego tańca na ulicy przy muzyce regionalnej kapeli.



Wieczorny posiłek w knajpce na placu przy kościele, delektuję się smakowitym, pieczonym w liściach babusa mięsem wieprzowym rozdrabnianym na drobne niteczki, podawanym wraz z awokado, czerwoną cebulką, ostrym sosem z chili i pomidorów.

Wracając późnym wieczorem do hotelu położonego w sąsiedztwie burdelu, jestem atakowany przez dziewczyny pracujące tam, dobrze, że zachowałem trzeźwość umysłu (a pozwolenie miałem!), bo wśród tych ślicznotek był(a) ślicznie wymalowany z dużymi cyckami – facet… , decyzja krótka, w nogi!


- kulinarna ciekawostka: meksykanie do wszystkich posiłków używają ostrych przypraw chili, okazuje się, że serwowane owoce sprzedawane na ulicy też, czerwony grejpfrut obrany w plastikowym kubeczku z dodatkiem dużej łyżki chili i soku z limonki – pali jak szlag, ledwo zjeść można, ale ja przecież twardziel jestem...


.

                  Dzień 6              22.10.2012

 

                Chichen Itza – to ważny dzień w którym zobaczę perły wśród zabytków Meksyku, wpisanego na listę UNESCO Światowego Dziedzictwa Kultury. Miasto zostało założone przez Majów ok.400r. Zdobyte przez Tolteków ok. 1000r. przejęło niektóre ich zwyczaje oraz style w architekturze.



W ogromnym upale podziwiam tolteckie kolumny, które niegdyś podpierały strop świątyni oraz Chac Moola – kamienną figurę człowieka, trzymającego na piersiach misę na serce i krew ofiar. Najwspanialszą budowlą jest piękna i tajemnicza piramida Kukulcana, stanowiąca ilustrację kalendarza Majów. Równie wspaniałe jest największe w Meksyku boisko do gry w pelotę, aż ciarki przechodzą na myśl jak gra się kończyła... W pobliżu znajduje się niesamowita Tzompantli (Świątynia Czaszek) a dalej w buszu święta Cenote – naturalny, idealnie okrągły zbiornik wodny, służący do obrzędów, który stanowił idealne miejsce do odpoczynku i skonsumowania w cieniu drzew z fantastycznym widokiem posiłku. Wśród ciekawych budowli znajduje się El Caracol – obserwatorium astronomiczne, służące do wyznaczania dat obrzędów religijnych, świąt, siewów i zbiorów plonów.

Po 4 godz., zwiedzania na 40- stopniowej patelni jadę do Valladolid, starego miasta Majów - Zaci. Gdzie można ochłodzić się pływając w chłodnych wodach pięknej jaskini z naturalnym jeziorkiem - Cenote Zaci

         


Dzień 7                23.10.2012

 

                Dzisiaj można było się wyspać, autobus do jaskini Cenote Dzitnup(Xkakah) odchodził dopiero o 8.00, a więc pełny luzik. Po paru minutach podróży jestem u bram jaskini. Cenote, jak nazywają miejscowi, jest podziemną jaskinią zalana szmaragdową wodą, która w dawnych czasach wykorzystywana była przez Majów jako zbiornik wodny. Przez otwór na górze jaskini wdzierają się promyki słońca, jak i zwisające liany, oraz ogromne korzenie drzewa które potrzebują dostać się do życia – wody. Nastrojowa cisza, pływające  małe czarne sumiki, zwisające stalagmity i korzenie sięgające szmaragdowej tafli, dają uczucie, że, to się nie dzieje naprawdę, to tylko sen z baśniowej krainy.  Długo nie czekam i plum, to chyba jedyna okazja pływać w baśniowej jaskini.

Budzę się z pięknego snu w trzepiącym się autobusie, udając się do Cancun skąd łodzią przedostanę się na karaibską wyspę Isla Mujeres czyli (Wyspa Kobiet). Na promie chłopaki grają karaibską muzę wprowadzając pasażerów w latynoski przedsmak tego co będzie. Kupuję CD i spadam na ląd.


Kolacja oczywiście w karaibskim stylu, stoły na brzegu morza na których dominują owoce morza, zawijam krewetki smażone na delikatnym oleju z czosnkiem skrapiane sokiem z limonki, palce lizać.

   


W oddali słychać muzykę, okazuje się, że właśnie dzisiaj odbywa się, Festiwal Kultury Karaibskich Majów. Tańczą kolorowo ubrane dziewczęta i chłopcy, zawijają falbanami sukien jak się patrzy, widowisko typowo w regionalnym stylu.

 


W połowie widowiska występuje dziewczyna klaun, po chwili widząc, że robię fotki, bierze mnie za rękę i porywa na scenę. Zaczynamy odgrywać odwrotne role, ja mam być modelem (skądś to już znam) a ona fotografem. Zabawa na całego, widownia się śmieje i bije brawa.


Dzień 8               24.10.2012

     Dzisiejszy dzień spędzę na rafach nurkując w niewielkim Parku Narodowym Carrafon nieopodal wyspy.


Koralowców tu co prawda mało, ale jest co do zobaczenia, jak na przykład, zatopione betonowe dzwony służące do odbudowy zniszczonej rafy koralowej, pomnik Matki Boskiej na dnie wśród glonów, zarośli morskich i pływających  kolorowych, dużych i małych rybek, które nic nie robią sobie z mojej obecności, wręcz przeciwnie, podpływają blisko ciekawie zaglądając w obiektyw kamery. Po przybiciu na brzeg ku mojemu zdziwieniu miejscowy wyspiarz wpadł na świetny sposób zarabiania kasy oferując w niewielkim ogrodzeniu, przeżycia paru chwil grozy niczym z filmu szczęki, można pływać z rekinem, głaskać go, podnosić do zdęcia niczym maskotkę. Jego szorstka skóra pozwala na łagodne uniesienie tego ponad metrowego potwora.


Po chwilach grozy czas na coś łagodniejszego, ferma żółwi morskich. Są tu wylęgarnie z malutkimi żółwikami, jak i dorosłe osobniki.

   

              
Po południu nadszedł czas na obchód wyspy, ruszam z Wojtkiem, zakręconym fotografikiem (w dobrym tego słowa znaczeniu), robimy wiele fotek, panoramy, rozbryzgujących się fal o skały i samej natury.

 




Po 1.5 godz. Wojtek poddał się wymówką czyszczenia obiektywów w pokoju, kontynuuje szwędaczkę sam, udaje mi się obejść jedną stronę wyspy dookoła, trafiając w bardzo urokliwe zatoczki i zakamarki, trzaskam następne fotki i pędzę na karaibską kolację.






- kulinarna ciekawostka: na wyspie straganiarze serwują naleśniki zwanymi „markezas”, jest to naleśnik smażony na chrupko na ostrym ogniu, z pokrojonym w plastry bananem i czekoladą, pyszności za jedyne 20 posos 

 

                Dzień 9               25.10.2012

 

                Z wyspy promem do Cancun i dalej autobusem rejsowym tułaczka do Tulum (jak ja to kocham…). Zwiedzam ruiny starożytnego miasta Majów Zama (Miasto Jutrzenki). Lokalizacja miasta zauroczyła mnie na tyle, że śmiało mogę powiedzieć, że jest to, drugie, po zaginionym mieście Tayrona w Columbi najpiękniejsze miejsce na Karaibach. Przepięknie usytuowane na samym brzegu turkusowego Morza Karaibskiego, urzeka pięknem połączenia tropikalnej przyrody z lazurem morza i szarej architektury. W odróżnieniu od innych miast Majów jest otoczone murem obronnym. Od 1200r. było ważnym ośrodkiem religijnym i miejscem odpoczynku dla pielgrzymów, zdążających na wyspę Cozumel, związaną z kultem bogini Ix Chel.



W 1518 roku zawitała w te strony wyprawa Juana de Grijalva. Hiszpanie byli olśnieni widokiem wspaniałego miasta z murami w kolorach czerwonym, niebieskim i białym. Na szczycie wieży płonął święty ogień. Jednak nie odważyli się podpłynąć do brzegu widząc tłumy kolorowych wojowników, groźnie potrząsających bronią.





Relaks na przepięknej plaży, z perłowym miałkim piaskiem u stóp skał na których górują starożytne ruiny. Kąpiel w szmaragdowym Morzu Karaibskim.

   


Dzień 10             26.10.2012

Belize

W oczekiwaniu na autobus, który odjeżdża dopiero kiedy ma wystarczającą ilość pasażerów (nie ma podanej godziny odjazdu) z nudów oglądam okoliczne meksykańskie stragany na których można kupić prawie wszystko co jest do życia potrzebne od kórczaków, przez warzywa po owoce, które sprzedaje się tu jak u nas kartofle.


   
   
Przekraczam granicę, kontrola, łapówkarstwo niczym za Prl-u ( trzeba dać 10$ aby przejść w spokoju), indywidualne przenoszenie plecaków i szperanie w nich przez celników, to standard, folklor skończony, jestem w Belize!
   

Ruszam dalej tym samym autobusem, ale na moim miejscu siedzą już inni pasażerowie, jak nam trzepano plecaki na granicy, czarni kolesie pozajmowali najlepsze miejsca, a ja znowu w tyle na kole siedzę w sąsiedztwie potężnych mam z dziećmi. Autobus zatrzymuje się na każdym najmniejszym przystanku i dobiera ludzi do kompletu, jest już ful, teraz wreszcie doceniam, że i tak mam dobre miejsce bo siedzę, a reszta stojąca, mimo, iż dystans do pokonania jest tylko 160 km, to jedzie się dziurawą drogą ponad 4 godz.
Z Belize city wodną taxi, taką na około 50 osób dostaję się na tropikalną wyspę kokosową -Capy Caulker . Wieczorem karaibska kolacja na plaży pod palmami i gwiazdami – serwowane przez Latynosa w stylu rege homary z grilla, podlewane sławnym Belikin Beer, smakują bosko.
   
   

Dzień 11 27.10.2012

Lokalni organizatorzy zabierają nas łodzią na wyspę Ambergris, po drodze zatrzymujemy się aby nurkować na rafie koralowej wśród gigantycznych płaszczek, rekinów, oraz ogromnych ryb. Płaszczki ciekawe nowych doznań, ocierają się o mnie, mam wrażenie jak by chciała się przytulić jak zadomowiony kotek, ale pamięć o tym, że są to dzikie osobniki, sprawia to czujny respekt, przed ich śmiertelnie groźnym ogonem. Niezwykłe bogactwo kolorowych ryb, koralowce, falujące glony, tworzą fascynujący podwodny świat, który rządzi się własnymi prawami. Przepływają koło mnie żółwie morskie, skubiąc morską trawę niczym na pastwisku. Jednego, ogromnego żółwia dotykam w pancerz, mimo, iż wiem, że jest to bardziej niebezpieczne niż dotykanie rekina.
 
 







Dzień 12             28.10.2012

Kolejny dzień, zapowiada się znakomicie, płynę na cały dzień na bezludną rajską wyspę. Odległość do niewielkich wysepek jest spora, ponad godzinę płynie się w jedną stronę, a ogromny, 200-konny silnik pożera cały bak paliwa w niecałe 45 min.
   
 
   
Wreszcie jestem, staję na suchym lądzie, co prawda nie trzeba daleko się rozglądać, aby ujrzeć drugi brzeg ociupeńkiej wysepki. Latynoscy przewoźnicy opowiadają, że jeszcze nie tak dawno rosły tu trzy palmy, ale ostatni huragan zdmuchnął je z powierzchni, jest teraz goło i wesoło, a planeta nieustannie pali. Długo nie udaję się wytrzymać na tym skwarzę, czekamy tylko na ostatniego nurka, który wyławia dla nas ślimaki, jako przekąskę na lunch i pędem na następną, nieco większą wysepkę. Ta jest zdecydowanie większa, rośnie tu parę palm kokosowych, jest pomost, zadaszenie dające upragniony cień, murowany grill i toalety, (żeby było ciekawiej zamknięte na klucz).


   
Tu spędzamy resztę czasu, w między czasie Kapitan Carlos i jego załoga znoszą z łajby ekwiwalent do przygotowania posiłku na grillu, a my oddajemy się uciechą, które, serwuje nam Morzę Karaibskie, nurkujemy, opalamy się i bycząc się w hamaku leżymy do góry brzuchami, chodzenie boso po delikatnym perłowo-białym piasku, słuchanie śpiewu morskich fal robi wielką frajdę. Nawet nie spodziewałem się, że Latynoscy faceci potrafią tak dobrze gotować, przyrządzili nam, makaron ze ślimakami, które nie tak dawno oglądaliśmy w wielkich muszlach pod wodą, a teraz można je posmakować (niestety życie jest brutalne, jeden silniejszy osobnik zjada drugiego), do tego grillowaną świeżą rybę nadziewaną egzotycznymi warzywami, ryż z dodatkiem warzyw i cicze (jest to, ostra przyprawa używaną w krajach Ameryki środkowej). Smakowało wyśmienicie, wszyscy jednogłośnie okazywali zachwyt i oczarowanie zdolnościami kulinarnymi naszych gospodarzy.
   

Oprócz złocistego piasku i wody na tej małej wysepce można zaobserwować wiele ciekawych rzeczy.

       
   
   

Dzień 13            29.10.2012

           Gwatemala

Przejazd małym autobusem przez całe Belize staje się nudny, cały czas to samo się widzi., płaski zalany wodą teren w którym żyją krokodyle, oraz wiele gatunków ptactwa, wiele biednych wiosek, oraz nagminne kontrole policji i wojska na zmianę. Przekraczamy granicę z Gwatemalą. Krajobraz nieco się zmienia na górzysty porośnięty przez dżunglę Petenu. Droga w miarę prosta lecz na przemian raz jedziemy asfaltem, a raz po białym, potwornie kurzącym szutrze, przypominający mi Afrykańskie bezdroża. Po 6 godz. docieramy do Flores. Miasto pięknie położone na wyspie jeziora Peten Itza.


Dzień 14             30.10.2012

 

Tikal –ogromne starożytne miasto Majów, ukryte w dżungli położone na terenie Gwatemali w departamencie Petén w pobliżu jeziora Petén Itzá.